Najważniejsze doniesienia docierają dziś z Iranu.
Stany Zjednoczone przeprowadziły tam jedną z najzuchwalszych misji ratunkowych w najnowszej historii – operację o wysokim stopniu ryzyka, która wykazała niespotykany poziom koordynacji i zasięgu działań. Jednocześnie incydent ten obrazuje, że Siły Powietrzne USA pozostają podatne na zagrożenia w irańskiej przestrzeni powietrznej, gdzie systemy obrony przeciwlotniczej uniemożliwiają prowadzenie operacji przy pełnej bezkarności.

Operacja rozpoczęła się 3 kwietnia, gdy myśliwiec F-15 wykonujący zadania nad Iranem został trafiony pociskiem naprowadzanym na podczerwień. Pomimo wcześniejszego osłabienia irańskiej obrony powietrznej, pocisk uderzył w silnik maszyny, zmuszając pilota oraz operatora systemów uzbrojenia do katapultowania się na terytorium wroga. Samolot rozbił się w południowo-zachodnim Iranie, u podnóża pasma Zagros, na wysokości około tysiąca metrów. Wywołało to natychmiastowy alarm w amerykańskim systemie odzyskiwania personelu oraz szybkie potwierdzenie, że obaj lotnicy żyją i nadają sygnały lokalizacyjne.

Po znalezieniu się na ziemi wrogiego terytorium, lotnicy skupili się na przetrwaniu zgodnie z zasadami SERE. Ukryli spadochrony, oddalili się od miejsca lądowania i szukali naturalnych schronień. Zminimalizowali również swoją sygnaturę elektroniczną, wyłączając zbędne urządzenia, wykorzystując jednocześnie ukształtowanie terenu do orientacji i identyfikacji potencjalnych dróg ucieczki.

Pilot, który wylądował w bardziej otwartym terenie, zdołał szybko określić swoją pozycję i przygotować się do ewakuacji. Operator systemów uzbrojenia wylądował jednak głębiej w przedgórzu Zagros, co zmusiło go do poruszania się w stromym terenie, szukania kryjówek i ustabilizowania swojej sytuacji przed podjęciem prób komunikacji, co spowolniło początkowe działania ratunkowe.

Akcja ratunkowa rozpoczęła się od skierowania śmigłowców w stronę miejsca katastrofy pod osłoną powietrznych tankowców. Maszyny te wleciały w irańską przestrzeń powietrzną w ciągu kilku godzin, lecąc na niskim pułapie, aby pozostać poniżej zasięgu ocalałych radarów. Mimo tych środków ostrożności i wcześniejszych uderzeń, rozproszone irańskie jednostki lądowe ostrzelały śmigłowce z broni ręcznej, raniąc kilku członków załogi.

Po dotarciu na miejsce pilot został podjęty stosunkowo szybko, jednak drugi lotnik nadal pozostawał nieodnaleziony. Jego przerywany sygnał z radiolatarni w połączeniu z ruchami wojsk irańskich sprawił, że operacja ekstrakcji stała się bardziej ryzykowna i miała charakter sporny.

Stany Zjednoczone zdecydowały się jednak kontynuować operację z pełną intensywnością. Oprócz wymiaru moralnego, pozostawienie amerykańskiego lotnika w rękach Irańczyków spowodowałoby jeszcze głębszy kryzys polityczny dla obecnej administracji USA, niosąc ze sobą poważne koszty strategiczne, również w kontekście przyszłych negocjacji. Co więcej, schwytany pilot dałby Iranowi natychmiastowe i znaczące zwycięstwo w wojnie informacyjnej, o czym świadczyły działania władz irańskich zachęcających cywilów i milicje do poszukiwania zaginionego Amerykanina. Dowództwo USA uznało, że odnalezienie go wymaga zaangażowania sił operacji specjalnych na ziemi wewnątrz Iranu, akceptując związane z tym ryzyko, aby zapobiec takiemu scenariuszowi.

Aby utrzymać tempo poszukiwań, USA utworzyły improwizowane, wysunięte lądowisko operacyjne około czterysta kilometrów w głąb terytorium Iranu. Samoloty C-130 Hercules wylądowały na płaskim i twardym odcinku pustyni, zidentyfikowanym dzięki zdjęciom satelitarnym i lotom rozpoznawczym. Choć lądowanie nie było atakowane, bezpieczeństwo nie było gwarantowane, ponieważ żywotność obiektu opierała się na pozostaniu niezauważonym, a nie na jego obronie.

Lądowisko znajdowało się sześćdziesiąt pięć kilometrów od głównej bazy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej w Isfahanie i zaledwie kilkanaście kilometrów od najbliższej instalacji Strażników na południu. Było to wystarczająco blisko, by zespoły musiały działać w warunkach ścisłej dyscypliny w celu uniknięcia wykrycia, ale wystarczająco daleko, by uniknąć rutynowych patroli. Miejsce to pozwoliło śmigłowcom na tankowanie znacznie bliżej obszaru poszukiwań i zapewniło siłom specjalnym funkcjonalny węzeł, tworząc w efekcie tymczasową, wysuniętą bazę lotniczą wewnątrz Iranu.

Bliskość improwizowanej bazy od głównych obiektów Korpusu Strażników oznaczała, że siły irańskie zareagowały niemal natychmiast. Irańskie jednostki ruszyły w stronę obiektu, aby zamknąć kordon i otworzyły skoordynowany ogień, niszcząc kilka amerykańskich samolotów na ziemi i zmuszając personel USA do walki na bliskim dystansie. W międzyczasie irańska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła samolot A-10 zapewniający bliskie wsparcie powietrzne oraz operującego nad obszarem drona MQ-9 Reaper. Eskalacja ta wywołała natychmiastową, szerszą reakcję USA – dodatkowe samoloty i drony uderzyły w irańskie kolumny zmierzające do bazy oraz zneutralizowały jednostki atakujące lądowisko. W rezultacie siły USA zdołały odzyskać kontrolę nad sytuacją, ale tylko tymczasowo, gdyż okno czasowe na ekstrakcję pozostało ograniczone.

Po prawie dwóch dniach spędzonych w osamotnieniu, zaginiony lotnik ostatecznie połączył się z amerykańskimi siłami specjalnymi, lecz margines czasu na ewakuację był minimalny. Zespół szybko przetransportował go do punktu ekstrakcji, podczas gdy jednostki irańskie kontynuowały przeszukiwanie terenu, co zmusiło ratowników do ograniczenia ruchu i komunikacji w celu uniknięcia wykrycia.

W strefie lądowania śmigłowce mogły przebywać na ziemi tylko przez bardzo krótki czas, aby zminimalizować ryzyko wykrycia. Przed wycofaniem się personel USA zniszczył wrażliwy sprzęt pozostawiony na improwizowanym lądowisku, w tym dwa unieruchomione samoloty transportowe.

Jednym z najbardziej uderzających elementów przetrwania lotnika było to, jak przez dwa dni udawało mu się wyprzedzać zarówno irańskie patrole, jak i zmobilizowane grupy poszukiwawcze. Ukrywał się w rozpadlinie skalnej, poruszał się w trudnym terenie i ograniczał nadawanie sygnałów do krótkich okien czasowych, aby siły irańskie nie mogły przeprowadzić triangulacji jego pozycji.

Tymczasem reakcja Iranu na improwizowane lądowisko okazała się ostatecznie nieskuteczna. Siły irańskie próbowały okrążyć obiekt i skierowały jednostki lądowe w stronę obwodu bazy. Jednostki te przybywały jednak w małych, nieskoordynowanych grupach, bez wsparcia artylerii i nie były w stanie wystarczająco szybko skoncentrować siły ognia, aby zakłócić operację.


Obecność dronów również była przedmiotem starcia. Amerykański MQ-9 Reaper zestrzelił irańskiego drona Mohajer-6 w tym rejonie, co potwierdziło, że Iran nadal posiada funkcjonującą infrastrukturę bezzałogowców, która jednak nie została wykorzystana efektywnie. Problemy organizacyjne, takie jak zakłócenia w łączności oraz celowe wyłączenie internetu przez Iran, są najbardziej prawdopodobnymi przyczynami niepowodzenia w podjęciu decydującej reakcji w obliczu trwałej przewagi powietrznej USA.


Podsumowując, akcja ratunkowa udowodniła, że Siły Powietrzne USA potrafią projektować siłę powietrzną i rozmieszczać siły operacji specjalnych głęboko na terytorium wroga, zapewniając im zaopatrzenie tak długo, jak jest to konieczne. Zdolność sił amerykańskich do tłumienia ruchów wojsk irańskich, nawiązania kontaktu z zestrzelonymi pilotami i wycofania się na własnych warunkach uwypukliła poziom zdolności operacyjnych, którym Iran nie był w stanie dorównać, nawet na własnym terytorium.


.jpg)








Komentarze