Dziś pojawiają się interesujące informacje z Federacji Rosyjskiej.
Tutaj seria wypadków lotniczych, mających miejsce daleko od pola walki na Ukrainie, pokazuje, że rosyjska flota powietrzna rozpada się w bezprecedensowym tempie. Rosyjskie poświęcanie drogiego, zaawansowanego technologicznie sprzętu wojskowego w celu finansowania niskotechnologicznych operacji na Ukrainie zaczyna teraz przynosić odwrotny skutek, prowadząc do jeszcze większych, a w wielu przypadkach nieodwracalnych strat.

Rosyjskie lotnictwo poniosło kolejny poważny cios wraz z katastrofą ostatniego operacyjnego Antonowa An-22, pięćdziesięcioletniego samolotu odbywającego lot testowy po remoncie, który rozpadł się w powietrzu nad obwodem iwanowskim i spadł do lokalnego zbiornika wodnego. Na pokładzie znajdowało się siedmiu członków załogi, a rosyjskie Ministerstwo Obrony próbowało przedstawić katastrofę jako rutynowy wypadek, jednak nawet rosyjskie media państwowe po cichu przyznały, że samolot dawno przekroczył wszelkie realistyczne granice zdatności do lotu. Świadkowie relacjonowali, że fragmenty kadłuba odrywały się jeszcze przed uderzeniem, co potwierdzało od dawna podejrzewane zmęczenie strukturalne starzejącej się rosyjskiej floty transportowej. Co kluczowe, był to ostatni aktywny An-22, platforma używana przez Rosję wyłącznie dlatego, że kraj nie był w stanie jej zastąpić. Katastrofa ta podkreśla głębszy problem: niemal cztery lata wojny, sankcji i intensywnego użytkowania wojskowego doprowadziły flotę dziedzictwa sowieckiego daleko poza bezpieczne progi eksploatacji, a incydent ten nie jest odosobniony, lecz stanowi część szybko przyspieszającego wzorca systemowych awarii.

Katastrofa An-22 nastąpiła zaledwie dzień po innym groteskowym incydencie lotniczym, tym razem wewnątrz hangaru. Dwaj rosyjscy piloci myśliwsko-bombowi Su-34 zginęli natychmiast, gdy ich fotele katapultowe niespodziewanie się uruchomiły, wyrzucając ich w sufit hangaru, w którym wciąż się znajdowali. Oficjalnie zdarzenie zakwalifikowano jako wypadek, zaznaczając, że piloci doznali obrażeń nie do pogodzenia z życiem, jednak w realiach załamującego się rosyjskiego lotnictwa granica między wypadkiem, sabotażem a niekompetencją staje się coraz bardziej rozmyta.

Magyar’s Birds, znana ukraińska jednostka dronowa, otwarcie zasugerowała po tym wydarzeniu, że rosyjscy piloci pozostają legalnymi celami dla ukraińskiego wywiadu, dając do zrozumienia, że takie „wypadki” nie zawsze muszą być przypadkowe. Nawet jeśli w tym przypadku przyczyną były jedynie zaniedbania serwisowe, efekt psychologiczny jest taki sam: panika w szeregach i narastający strach, że wszystko — od fotela po czujnik — może zabić bez ostrzeżenia.


Zestawienie ostatnich rosyjskich incydentów lotniczych pokazuje spójny wzorzec elementarnych awarii. Tylko w ostatnich miesiącach myśliwiec Su-35 rozbił się podczas lądowania w Kubince po poderwaniu do przeciwdziałania ukraińskiemu atakowi dronów; pilot przeżył, lecz znajduje się w stanie krytycznym.

MiG-31 w obwodzie lipieckim spadł po awarii podwozia w trakcie lotu, a obaj piloci odnieśli poważne obrażenia mimo katapultowania się. Su-30SM w Karelii w ogóle nie zdołał wylądować, co doprowadziło do śmierci obu lotników. Co istotne, nie są to zestrzelenia na froncie, lecz awarie podczas rutynowych lotów, przy czym rosyjska flota śmigłowców doświadcza tego samego losu.

Wypadek Ka-52 zniszczył śmigłowiec i zabił jego załogę, natomiast znacznie poważniejsza katastrofa miała miejsce w Dagestanie, gdy Ka-226 przewożący starszych specjalistów inżynieryjnych spadł z nieba. Wśród ofiar znaleźli się główny inżynier Zakładu Elektromechanicznego w Kizlarze, główny instruktor ds. budowy oraz zastępca dyrektora — specjaliści, których wiedzy nie da się szybko zastąpić, jeśli w ogóle.

Zakład w Kizlarze produkuje kluczową awionikę i systemy sterowania dla myśliwców oraz myśliwsko-bombowych samolotów Su i MiG, co oznacza, że ta pojedyncza katastrofa miała konsekwencje daleko wykraczające poza utratę jednego statku powietrznego, bezpośrednio szkodząc rosyjskim wysiłkom wojennym na Ukrainie.

Drobne wypadki były jedynie początkiem, po nich przyszły poważne awarie, a to, co obserwujemy obecnie, stanowi początek całkowitego załamania, czego symbolem jest An-22 dosłownie rozpadający się w powietrzu. Braki części zamiennych, utrata wykwalifikowanych techników oraz poleganie na kanibalizowanych komponentach z czasów sowieckich zamieniły rutynowe rosyjskie operacje w wydarzenia wysokiego ryzyka.


Są one szczególnie niebezpieczne nie tylko dlatego, że Rosja traci samoloty, lecz także dlatego, że traci kluczowych specjalistów — jedynych ludzi, którzy wiedzą, jak utrzymać tę starą maszynerię w ruchu. Zastąpienie pilotów jest wystarczająco trudne; zastąpienie inżynierów posiadających dziesięciolecia wiedzy o systemach z epoki sowieckiej jest dla armii kontynuującej eksploatację przestarzałego sprzętu znacznie gorszym problemem.


Ogólnie rzecz biorąc, wszystkie te wydarzenia razem pokazują siły powietrzne zbliżające się do strukturalnego załamania. Straty bojowe nad Ukrainą już teraz obciążają rosyjską flotę, lecz fala wypadków głęboko na zapleczu ujawnia inny kryzys: Rosja nie jest już w stanie utrzymać w sprawności samolotów, które wciąż posiada. W miarę zaostrzania się sankcji i rosnących trudności w pozyskiwaniu komponentów elektronicznych częstotliwość takich awarii będzie tylko wzrastać. Załamanie nie nastąpi nagle, lecz będzie miało charakter narastający — samolot po samolocie, załoga po załodze — aż niegdyś potężna rosyjska flota powietrzna stanie się nie do utrzymania, podtrzymywana jedynie przez starzejące się części, prowizoryczne naprawy i szczęście, którego zapasy systematycznie się wyczerpują.


.jpg)








Komentarze